W naszym domu śmierdziało rybą. Alek opróżnił resztki lodówki. Znalazł jakieś stare konserwy ze szprotkami. Otworzył je prawdopodobnie parę dni temu. Zatkałem nos.
- Tato?
Cisza. W dużym pokoju go nie było. Dziwne. O Alku powiedzieć można bardzo dużo, ale w domu nauczyli go dwóch rzeczy: zamykania drzwi na klucz i wyłączania światła.
Przestraszyłem się.
- Tato, jesteś tam?
Sprawdziłem swój pokój. Nic. W łazience też go nie ma. Zajrzałem do szafy. Czasami się tam chował. Ale nie tym razem. Gdzie może być Alek, kiedy go nie ma?
Mój wzrok pobiegł do góry, gdzie natknął się na otwarty pawlacz.
O Boże, tylko nie to. Zabrałem z kuchni połamany przez Alka zydelek. Postawiłem go na rozchwierutanym krześle. Wszystko składało się na dość chwiejną konstrukcję.
Czytaj więcej
Wspiąłem się i sprawdziłem, czy w pawlaczu jest to, o czym myślałem.
Nie było. Nie było tam liny. Nie było też kluczy do piwnicy. Moje przypuszczenia się sprawdziły. Wybiegłem w kapciach na korytarz. Nie czekałem na windę. Zbiegałem ze schodów tak szybko, jak tylko trzynastolatek potrafi.
Kiedy dotarłem do piwnicy, poczułem zapach stęchlizny. Nie lubiłem tego miejsca. W rurach bulgotała woda. Dookoła porozstawiano trutki i pułapki na szczury.
- Tato! - W naszej komórce go nie było. - Tato! - A jednak czułem jego obecność, jak Luke Skywalker wyczuwał Vadera w Powrocie Jedi. Pomyślałem o suszarni, gdzie trzymaliśmy rower.
Poszedłem tam. Drzwi były otwarte.
- Tato! - Ze ściśniętym gardłem zbliżałem się do drzwi.
- Tato, jesteś tam? - powiedziałem głosikiem pisklęcia. Takim, jakim Alek gardził. Może chciałem go sprowokować, żeby zwrócił mi uwagę, żeby wrzasnął, że tak nie zachowuje się mężczyzna?